Co pozostało po tragicznych wydarzeniach z 1308 roku, nazwanych przez historyków rzezią gdańską? Zgliszcza, zeznania duchownych oraz… kawałek średniowiecznej zbroi: kolczuga, która jednak nie była w stanie uchronić obrońców XIV-wiecznego Gdańska przed katastrofalnymi skutkami politycznych gierek i militarnych podstępów.
Prezentowany fragment zbroi kolczej, zwanej kolczugą, został znaleziony w Gdańsku przy ulicy Sukienniczej, niedaleko dawnych wałów grodu zamkowego. Ma około 19 cm długości i ok. 6 cm szerokości. Wydobyto go z warstwy archeologicznej datowanej na XIV–XV wiek. Pierścienie, z których składa się zbroja, mają średnicę ok. 9 mm; ich końce są połączone przy pomocy małych nitów w formie grzybków. Taka konstrukcja jest typowa dla polskich kolczug do XIV wieku.
Wiele wskazuje na to, że tę kolczugę mógł nosić zbrojny pochodzący z Polski oraz że ten niepozorny zabytek mógł być świadkiem wydarzeń, które diametralnie wpłynęły na losy Gdańska i regionu.
Był październik 1308 roku. Sytuacja w Gdańsku stała się krytyczna. Polski garnizon broniący grodu borykał się z malejącymi zapasami. Tymczasem podgrodzie było zajęte przez wrogie siły…
Nieco ponad miesiąc wcześniej pod wały Gdańska przybyła armia brandenburska. Jednak nie oblegała ona miasta. Bramy otworzyły się szeroko przed Brandenburczykami, którzy zostali powitani jako wyzwoliciele. Mieszczanie kontrolujący wrota podgrodzia działali zachęcani przez elity miejskie. Zaś wpływowi Gdańszczanie głosili, że miasto powinno oswobodzić się spod tyranii księcia Władysława Łokietka. W rzeczywistości przedstawiciele elit kierowali się osobistą niechęcią do władcy. Książę nie przyznał im lukratywnych stanowisk, odmawiał też spłaty ich długów. Dlatego zwrócili się do Brandenburczyków o wsparcie, a mieszczan zmanipulowali, by przybysze byli postrzegani jako wybawcy.
Polska załoga, dowodzona przez sędziego Boguszę, schroniła się w grodzie zamkowym. Najeźdźcy próbowali zdobyć go szturmem, ale bezskutecznie. W końcu zdecydowali wziąć gród głodem i rozpoczęli oblężenie. Okrążenie nie było jednak szczelne. Obrońcy przemykali w obie strony, korzystając z przychylności przyległego klasztoru dominikanów. Pomimo tego zaopatrzenie grodu szybko się kurczyło. Polacy wiedzieli, że armia książęca nie zdąży przybyć im z odsieczą na czas. Przeor dominikanów w dobrej wierze zasugerował, by obrońcy zwrócili się o pomoc do rycerzy zakonnych, znanych z kunsztu wojennego. Pomysł brzmiał desperacko, ale Bogusza był zdesperowany.
Pewnego październikowego dnia załoga grodu dostrzegła na horyzoncie sztandar z czarnym krzyżem na białym polu. Krzyżacy uderzyli na oblegających. Brandenburskie wojska były liczniejsze, lecz zbrojni zakonu mieli wyraźną przewagę bojową. Wsparł ich też wypad polskiego garnizonu. Po krwawej walce Krzyżacy przebili się do warowni, dostarczając świeże zaopatrzenie. Polska załoga przyjęła ich z ostrożnym entuzjazmem.
Wedle umowy rycerze zakonni mieli pomóc odeprzeć najeźdźców, a w zamian książę Władysław zobligował się, by w ciągu roku spłacić z nawiązką koszty wyprawy wojennej. Jako zabezpieczenie długu zastawił Gdańsk.
Wkrótce doszło do tarć między Polakami a Krzyżakami. Wpierw rozgorzał konflikt kompetencyjny między dowódcami. Następnie zaczęły się kłótnie o szczegóły porozumienia. Bogusza, jako wierny poddany księcia, ponownie udał się do władcy, by osobiście przedyskutować warunki umowy. Pod jego nieobecność, pod koniec października, pojawiła się nowa, liczniejsza armia rycerzy w białych płaszczach.
Brandenburczycy byli zdezorientowani. Początkowo chcieli przeczekać zamieszanie. Jednak gdy zobaczyli ogrom nadciągających wojsk, wyczuli, na co się zanosi. Postanowili wymknąć się z miasta, nie zwracając na siebie uwagi Krzyżaków.
Polacy, pozbawieni dowódcy i przytłoczeni potęgą nowo przybyłych, zostali zmuszeni do opuszczenia grodu. Bogusza, powróciwszy wreszcie do Gdańska, trafił do niewoli rycerzy zakonnych. To wywołało zbrojny sprzeciw polskiej załogi. Aby uniknąć eskalacji konfliktu, Krzyżacy uwolnili sędziego. W rezultacie skołowani mieszczanie i polscy zbrojni czekali na ustabilizowanie sytuacji, krążąc po podgrodziu obok dyskretnie uchodzących Brandenburczyków. Zapanował względny spokój.
W nocy z 12 na 13 listopada 1308 roku bramy grodu otworzyły się. Krzyżacy runęli na miasto, mordując i paląc. Ich celem byli polscy zbrojni, nieliczni już Brandenburczycy oraz elity gdańskie. Zniknęły całe rodziny wpływowych Gdańszczan. Słowiańskich mieszkańców Gdańska i okolic brutalnie przegnano. Wielu zginęło (dokładna liczba ofiar nie jest znana). Jedną szybką akcją Krzyżacy pozbyli się wszelkiej opozycji i otworzyli sobie drogę do przejęcia całego regionu.
Przeor, który podsunął pomysł krzyżackiej pomocy, starał się ocalić jak najwięcej ludzi. Później jego relacja została przedstawiona podczas procesu przed sądem papieskim, podobnie jak zeznania innych ocalałych, w tym zdruzgotanego Boguszy. Zadawali oni kłam krzyżackiej propagandzie, która głosiła, że nie doszło do żadnej zbrodni i że to Polacy zachowali się z nieuzasadnioną agresją. Brandenburgia pragmatycznie milczała.
Badania archeologiczne potwierdzają, że w tym czasie w Gdańsku wybuchł pożar, po którym nastąpiło wyraźne osłabienie i przesunięcie życia miejskiego.
Pomimo wielu lat starań księciu Władysławowi nie udało się odzyskać Pomorza Wschodniego. Dopiero po kilku stuleciach region wrócił do Polski.
Agresywna kolonizacja dokonywana przez niemieckich osadników pod krzyżackim patronatem odbijała się echem przez kolejne pokolenia, wpływając na dalsze losy Pomorza. Tymczasem fragment kolczugi ze zbroi, którą przypuszczalnie nosił członek polskiej załogi grodowej, przeleżał stulecia pod warstwami spalenizny i ziemi, czekając, aż ktoś przypomni jego historię.
Opracowanie merytoryczne i tekst: Marek Kuik
Zdjęcia zabytków: Zofia Grunt
Redakcja językowa i skład: Marcin Fedoruk
Projekt plakatu: Lidia Nadolska